Rozbitek z Cynthii - cz. VI
Dwa lub trzy razy dziennie uzbrojone w strzelby i harpuny grupy wychodziły na
lodową płytę w towarzystwie wszystkich grenlandzkich psów i osaczały śpiące
u wylotów jam morskie olbrzymy. Zabijano je strzałem w ucho, ćwiartowano,
odkrawano tłuszcz i napełniano nim beczki, które psy ciągnęły na „Alaskę”.
Polowanie było tak łatwe i tak owocne, że po ośmiu dniach zasobnie wręcz pękały
w szwach.
Holowana przez krę „Alaska” osiągnęła wtedy 40 stopień długości wschodniej na 74
równoleżniku, co oznaczało, że zostawiła za sobą Nową Ziemię, minąwszy ją od
północy.
Lodowa tratwa zmniejszyła się do połowy, a to, co z niej zostało, było już
bliskie rozpadu. Nadchodził moment, gdy wyspa, spękana pod wpływem słońca,
pocięta coraz głębszymi szczelinami, przekształci się w dryfujący gruz. Erik,
nie czekając, aż to nastąpi, kazał odcumować i ruszyć prosto na zachód.
Tłuszcz morsów z niewielką domieszką węgla, spalany w specjalnie do tego celu
przystosowanym palenisku „Alaski”, okazał się doskonałym paliwem. Jego jedyną
wadą było zanieczyszczanie komina, który teraz trzeba było czyścić codziennie.
Co się zaś tyczy zapachu, to niewątpliwie drażniłby on nozdrza pasażerów
z południa, ale dla szwedzko-norweskiej załogi był całkiem drugorzędną
niedogodnością.
Tak czy inaczej „Alaska” mogła do ostatniej chwili korzystać z napędu parowego
i dzięki temu przebyć szybko, pomimo przeciwnych wiatrów, odległość, jaka
dzieliła ją jeszcze od mórz europejskich, i dotrzeć 5 września w okolice
Przylądka Północnego w Norwegii. Nie było potrzeby zatrzymywać się w Tromse,
pożeglowała więc dalej, opłynęła Półwysep Skandynawski, przeszła ponownie przez
cieśninę Skagerrak i wróciła do punktu wyjścia.
W dniu 14 września rzuciła kotwicę na wysokości Sztokholmu, na tych samych
wodach, które opuściła 10 lutego poprzedniego roku.
W ten sposób, w siedem miesięcy i cztery dni, dwudziestodwuletni żeglarz dokonał
pierwszego opłynięcia bieguna.
Ów wyczyn geograficzny, który w tak krótkim czasie uzupełnił i zweryfikował
wielką ekspedycję Nordenskjolda, miał wkrótce nabrać nadzwyczajnego rozgłosu
w świecie.
Na razie jednak gazety nie wyjaśniły jeszcze jego wartości. Zaledwie kilku
wtajemniczonych było w stanie ją ocenić, natomiast przynajmniej jedna osoba ani
myślała jej uznać. Tą osobą była Kajsa.
Relację z podróży skwitowała uśmiechem wyższości i takim oto komentarzem:
— Trzeba nie mieć zdrowego rozsądku, żeby się dobrowolnie wystawiać na podobne
niebezpieczeństwa!
Nie mówiąc już, że przy pierwszej okazji nie omieszkała dorzucić pod adresem
Erika:
— W każdym razie teraz, kiedy ów słynny Irlandczyk nie żyje, nareszcie
pozbyliśmy się tej nudnej sprawy!
Jakże różnił się ów oschły i oziębły sąd od pełnego serdeczności i czułości
listu, jaki Erik otrzymał wkrótce z Nore! Vanda pisała mu o lęku, w jakim obie
z matką żyły przez te długie miesiące, o tym, jak duchem były wciąż
z podróżnikami, o szalonej radości z ich szczęśliwego powrotu!... A jeśli
wyprawa nie przyniosła wszystkich oczekiwanych przez Erika rezultatów, to nie
powinien się tym nadmiernie przejmować, bo przecież wie, że choć pozbawiony
prawdziwej rodziny, ma w biednej norweskiej wiosce inną, która go kocha i łączy
się z nim w myślach. Może by przyjechał niebawem odwiedzić tę rodzinę, co zawsze
uważała go za swego i nie chciała się go wyrzec? Może udałoby mu się